wtorek, 15 marca 2016

~Prolog~

Wiosna według swego własnego grafiku, punktualnie zawitała do mojego miasteczka. Opatuliła wszystko zielenią, gdzie jeszcze miesiąc temu wszystko pokryte było zimową bryzą i jej kolorytem. Tego roku była wyjątkowo na czas - przystąpiła do swojej pracy w pewną marcową środę, która wyprzedzała pierwszy dzień wiosny o zaledwie kilka dni. Mogę to spokojnie potwierdzić widokiem krokusów wówczas nieśmiało wystających z ziemi. Teraz - a mam idealne miejsce na zobrazowanie tego zjawiska, rozproszyły swoje płatki pokazując pszczołom, że są gotowe do zapylania. Tylko, że pszczoły nie są w tej chwili obecne. Siedzę teraz na ławce, pławiąc się obecnością promieni słonecznych. Nie jest to element należący do mojej codziennej rutyny. Wręcz takie zachowanie wzbudza we mnie zaskoczenie własną osobą. Nigdy nie myślałam nawet, aby po zajęciach zatrzymać się gdzieś samemu na chwilę zadumy. To nawet nie przystoi w moim wieku. A jednak jestem tu, siedzę i prowadzę swój własny wewnętrzny monolog. Spoglądam na zegarek. Jest godzina 16:00. Piekarnia umiejscowiona za ławeczką, na której siedzę zamyka się o 17:00, więc nie będzie już ciepłych wypieków. Mogę to stwierdzić, bo nawet nie czuć tego charakterystycznego zapachu, pomimo zawsze uchylonych drzwi. Rano woń pieczywa nie opuszcza mnie, aż nie dojdę do przedszkola, przy którym czasami widuję mężczyznę grabiącego teren placu zabaw. Spoglądam na niego, bo nie ważne czy jest to poranną porą, czy wtedy gdy przedszkole jest zamknięte, a zajęcia skończone on ma ponury wyraz twarz. I w zimę, i wiosnę, jesień, lato. Człowiek jest wyraźnie czymś zawiedziony? Nie wiem czy akurat to słowo jest odzwierciedleniem jego bolączek. Wygląda na kogoś komu czas zostawił wiele niezałatwionych spraw. Uśmiechnęłam się. Nikt nie jest wstanie zabrać tego co już mamy za sobą. Nawet jeśli tego chcemy. O tym wiem już bardzo dobrze. Spojrzałam w stronę drogi na lewo od mojej ławeczki. Zaczęłam widzieć obrazy. Obrazy czasu, który mam już za sobą. "Nie oglądaj się za siebie, idź z podniesioną głową swoją własną drogą. Czas przemija." - Ja nie spojrzałam w prawo. Krew rozbryzgała się po masce i zasłoniła światła. Nie wiem czemu się nie zatrzymał. W oponę zawinął się mój rękaw, i przejechaliśmy tak dalej jakieś sześć metrów. Ręka opatuliła wtedy oponę ale dłoń nadal była nietknięta, choć jeden z paznokci się złamał. Drugiej dłoni wtedy już nie widziałam. Tylko włosy. Też pod oponą. I mój zegarek. dokładnie na wysokości roztrzaskanej od uderzenia brody. Była godzina 17:00. Piekarnia już wtedy zamknięta. Zamiast zapachu świeżego pieczywa, był smród krwi. Aż mi wstyd jak o tym pomyślę. To wszystko to byłam ja. Mogłam lepiej pilnować czasu. Minęło wtedy 10 sekund od zapalenia się czerwonych świateł. Jeszcze 45 sekund i mogłabym przejść. Nie przywiązałam uwagi do ograniczenia czasowego i w pośpiechu przeszłam tracąc o wiele więcej niż te 45 sekund. Teraz pilnuję czasu bardzo dokładnie. Nie mogę go zatrzymać, ani już na pewno nie stracę ani sekundy więcej. Nie znasz dnia, ani godziny. Znam je tylko ja.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz